6 minuty

Większość z nas deklaruje to samo: chcę być zdrowszy, chcę więcej zarabiać, chcę wreszcie poczuć spokój. A jednak miesiąc mija za miesiącem, rok za rokiem, i niewiele się zmienia. Siłownia zostaje opłacona, ale nieużywana. Awans, o który mogliśmy się ubiegać, przechodzi nam koło nosa, bo „jeszcze nie czas”. Związek, w którym nie jest nam dobrze, trwa, bo „przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać”.
To nie jest kwestia braku silnej woli. To autosabotaż i jest znacznie bardziej powszechny, niż większość z nas byłaby skłonna przyznać.
Kiedy słyszymy „sabotowanie samego siebie”, wyobrażamy sobie dramatyczne, oczywiste akty samozniszczenia. Tymczasem w praktyce autosabotaż to zwykle coś dyskretnego: odkładanie na później, perfekcjonizm, który nigdy nie pozwala uznać pracy za skończoną, wybieranie znajomego dyskomfortu zamiast nieznanego komfortu.
Psychologia tłumaczy to prosto – nasz mózg nie jest zaprogramowany, by dążyć do szczęścia. Jest zaprogramowany, by dążyć do bezpieczeństwa. A zmiana, nawet ta pozytywna, oznacza wejście na nieznany teren. Dla układu nerwowego „nieznane” i „niebezpieczne” bywają synonimami, niezależnie od tego, czy chodzi o utratę pracy, czy o jej zdobycie.
W obszarze zawodowym i finansowym to jeden z najczęstszych mechanizmów. Boimy się nie porażki, a sukcesu bo sukces oznacza większą widoczność, większe oczekiwania, większą odpowiedzialność. Nieświadomie ograniczamy więc swoje działania: nie zgłaszamy się do ambitnego projektu, nie podnosimy stawek, nie publikujemy tekstu, który mógłby przynieść nam rozpoznawalność. Zostajemy w cieniu, bo w cieniu nikt nas nie ocenia i nikt niczego od nas nie wymaga.
Jeśli przez lata byliśmy „tą osobą, która zawsze stawia innych na pierwszym miejscu” albo „tą, która nigdy nie ma pieniędzy”, zmiana tego wzorca oznacza coś więcej niż nową nawyk oznacza zbudowanie nowej tożsamości. A to bywa przerażające. Wolimy potwierdzać znaną nam historię o sobie niż zaryzykować napisanie nowej, nawet jeśli stara historia nas krzywdzi. To dlatego osoby, które zaczynają zarabiać więcej, czasem nieświadomie wydają więcej, wracając do punktu wyjścia – bo „bogaty” nie pasuje jeszcze do ich wewnętrznego obrazu siebie.
Ciało i umysł przyzwyczajone do chronicznego stresu potrafią odczuwać spokój jako coś niepokojącego, a nie ukojenia. Stąd wzorzec, w którym ledwo uporamy się z jednym kryzysem – zdrowotnym, finansowym, relacyjnym – a już nieświadomie tworzymy kolejny. Prokrastynacja w gabinecie lekarskim, rezygnacja z badań kontrolnych, ignorowanie sygnałów ciała – to często nie lenistwo, ale mechanizm, w którym „nie wiedzieć” wydaje się bezpieczniejsze niż zmierzyć się z diagnozą i realnie coś zmienić.
Perfekcjonizm bywa chwalony jako cnota, a w rzeczywistości to jeden z najskuteczniejszych sposobów na to, by nigdy nie skończyć, nigdy nie wystartować, nigdy nie zostać ocenionym. Dopóki projekt „nie jest gotowy”, dopóki plan biznesowy wymaga „jeszcze jednej poprawki”, nie musimy skonfrontować się z realną reakcją świata – klientów, przełożonych, rynku. To wygodna forma unikania ryzyka, zamaskowana jako dbałość o jakość.
Nieświadomie wybieramy relacje – zawodowe i prywatne – które utrzymują nas w dotychczasowym miejscu. Znajomi, którzy śmieją się z ambitnych planów „żeby sprowadzić nas na ziemię”. Partnerzy, którzy czują się zagrożeni naszym rozwojem. Zespoły, w których bycie tym „kompetentnym, ale niewymagającym więcej” jest nagradzane. To nie przypadek – to często efekt tego, że sami, nieświadomie, szukamy otoczenia, które nie zmusi nas do zmiany.